Urlop bez wypoczynku

urlop emigranta
Urlop urlopowi nierówny. Czasem, bierzemy go żeby wypocząć, czasem żeby pozałatwiać jakieś sprawy.  4 lata temu dołączyłam do grona osób, które na urlopie nie wypoczywają. Będąc na Islandii tęsknię za Polską, będąc w Polsce po kilku dniach tęsknię za islandzkim spokojem.

Osoby, które śledzą profil na fb wiedzą, że aktualnie jestem na urlopie w Polsce i ciągle narzekam, że nie mam na nic czasu. I jest to szczera prawa. Planowałam, że podczas tej wizyty w PL napiszę na spokojne kilka wpisów na zapas i oczywiście co kilka dni będą dodawać też wpisy na bieżąco…wiecie ile mam? ZERO! Już wyjaśniam dlaczego.

Wydaje mi się, że problem, braku czasu na urlopie w Polsce dotyka zdecydowanej większości emigrantów. Kiedy już przylatujemy do Polski, chcemy nadrobić wszystkie sprawy urzędowe, poodwiedzać lekarzy, spotkać się z rodziną, odwiedzić znajomych, zrobić zakupy i okazuje się, że brakuje nam czasu na sen. Przeważnie w wolnej chwili zaliczamy jeszcze wesele, komunię, chrzest lub inną uroczystość. Poważnie!

Dla mnie każda wizyta w Polsce to walka z czasem. Przed wyjazdem mój kalendarz jest zaplanowany na maksa. Wystarczy, że ktoś odwoła lub chce przełożyć spotkanie na inny termin, a mój misterny plan zostaje zrujnowany. Wszystko się sypie i mój specjalnie wygospodarowany wcześniej wolny dzień, zapełnia się rzeczami „do zrobienia”.

Trudne jest dla mnie to, że spora część osób myśli, że przesadzam. Często słyszę „No co ty nie znajdziesz dla MNIE czasu”, „No weź, na pewno znajdziesz wolny wieczór” albo „To kiedy znów wpadniecie?”.  Czuję wtedy poczucie winy bo zostaję postawiona w sytuacji, w której moje „Przykro mi, na prawdę nie mam czasu” zostaje odebrane jako brak chęci ponownego spotkania.

Czy wiecie, że kiedy byłam w ciąży i przyjechałam na wakacje do Szczecina trafiłam do szpitala z silnymi skurczami w drugim trymestrze. Musiałam zostać w szpitalu przez 2 dni bo uwaga byłam tak przemęczona i osłabiona, że organizm odmówił posłuszeństwa. Narzuciłam sobie za duże tempo. Załatwiałam sprawy od rana do wieczora, nie dając sobie żadnego czasu na odpoczynek i zapominając, że powinnam o siebie dbać.

Odkąd mamy małą P. sytuacja się dodatkowo komplikuje. Nie zawsze mam możliwość zostawiania jej pod czyjąś opieką. Z drugiej strony nie chcę też spędzać bez niej całego dnia. Sytuacji nie ułatwia fakt, że wśród naszych znajomych ja pierwsza urodziłam dziecko. Wiem, że wszyscy (albo większość) starają się zrozumieć, że jestem mniej elastyczna z powodu malucha, ale dopóki nie ma się własnego dziecka chyba nie do końca można w pełni pojąć i ogarnąć jak wygląda grafik rodzica. Przypominam tu sobie starą siebie. Perspektywa bezdzietnej Pauliny, była taka, że uważałam że jak się chce to na wszystko się znajdzie czas.

Wyzwaniem jest też moja ogromna rodzina. Jest na prawdę spora. Moi dziadkowie mają 17 wnucząt. Próbuję się doliczyć ile prawnucząt, ale się gubię. Muszę to zweryfikować, ale strzelam, że około 15. Ja sama mam 5 rodzeństwa. Do tego dochodzi rodzina mojego męża (już mniej liczna) i duża grupa przyjaciół i znajomych. Większość chce się z nami spotkać więcej niż  raz … Jest to zrozumiałe i pochlebiające, ale niesłychanie trudne w realizacji. 

Mogłoby się wydawać, że przecież spotkania z rodziną, znajomymi to relaks i miło spędzony czas. I tak i nie . Dla przykładu  rano załatwiam sprawy urzędowe , potem szybko lecę na obiad do teściowej, ale nie mogę zabawić za długo bo czeka mnie wizyta u dentysty. Po zabiegu wpadam na chwilę do domu i wypadam, żeby zdążyć na spotkanie ze znajomymi. Po powrocie okazuje się, że moje dziecko nie śpi i czeka chcąc nadrobić bezmamowy czas. I tak przez kilka dni z rzędu z różnym układem spraw do załatwienia i ludzi do zobaczenia. I nie daj boże dostanę jeszcze telefon, że wizyta u enokrynologa zostaje przełożona na inny termin …

Kolejny istotny dla mnie aspekt to to, że odzwyczaiłam się od miejskiego życia. Pierwsze kilka dni w Polsce to adaptacja. Przeraża mnie ruch uliczny, ogromna ilość ludzi, szalone tempo życia. Nie cierpię tego, że muszę stać w korkach, tracić cenny czas na szukanie miejsc parkingowych. Odzwyczaiłam się od centrów handlowych, przytłacza mnie wszechobecny konsumpcjonizm i to, że ludzie spędzają tyle czasu na zakupach. Wszyscy gonią nie wiadomo za czym, a ja z każdym dniem dołączam do tej gonitwy zamiast się zatrzymać i po prostu  odpocząć.

Być może jestem sama sobie wina. Być może nie zawsze jestem wystarczająco asertywna. Być może chcę zaspokoić potrzeby innych zapominając o swoich. Być może za dużo planuję.  Tak czy siak wiem, że urlop w Polsce to wyzwanie dla niejednego emigranta. W tym roku dołączam do grupy tych, którzy powiedzieli DOŚĆ urlopowi bez wypoczynku. Stwierdziłam, że będąc w Szczecinie moje szanse na wypoczynek są zerowe i musimy wyjechać na prawdziwe wakacje. Padło na Hiszpanię. Po tygodniu w Polsce jestem na prawdę zmęczona i bardzo się cieszę na perspektywę prawdziwego urlopu.

Pomimo tego, że teraz narzekam i marudzę  to wiem, że wyjazd nie będzie dla mnie łatwy. Za każdym razem bardzo trudno, pożegnać mi się z Polską. Im bliżej wylotu, tym smutek narasta. Część mnie chce zostać, część tęskni za Islandią. Mam nadzieję, że perspektywa leżenia na plaży, albo raczej biegania za P. po plaży ułatwi mi tym razem wyjazd i oszczędzi trudnych emocji.

Dodaj komentarz