Mindfulness czyli uważność – życie tu i teraz

mindfulness
Dzisiaj będzie trochę filozoficznie. Mindfulness interesował mnie już od jakiegoś czasu. Zabierałam się do czytania chyba 4 książek w tym temacie i przez żadną nie przebrnęłam do końca. Czemu? Nie wiem… Nie jestem żadnym ekspertem od mindfulnessu, znam tylko jego ogólne założenia. Jendak chcę się podzielić z Wami moimi spostrzeżeniami w tym temacie. Wiele osób uważa, że żyje tu i teraz. Ale czy na pewno? 

Te osoby, które mnie znają wiedzą, że kocham planować. Uwielbiam mieć wszystko poukładane, spędzam wiele czasu na analizie tego co będzie w przyszłości. Być może dlatego dobrze sprawdzałam się w roli pilota wycieczek. Przygotowując się do prowadzenia wycieczki, lubiłam zakładać „a co jeśli … „. A co jeśli mamy zaplanowane zajęcia w plenerze i zacznie padać. A co jeśli okaże się, że nie dotrzemy na czas do muzeum bo to godzina korków.  A co jeśli grupa zgubi się w trakcie podchodów? Z jednej strony było to pomocne, a z drugiej bardzo obciążało moją psychikę. Bo sytuacje „a jeśli …” wcale nie zdarzały się tak często.

Dodatkowo jeśli mój plan się sypał (nie tylko w pracy) totalnie mnie to wybijało z równowagi. Spóźnienie autobusu, nieoczekiwana zmiana terminu wizyty u lekarza, czy zepsuty samochód. To te rzeczy na które nie mamy wpływu, ale mnie doprowadzały do szewskiej pasji. Z czasem zaczęłam zwracać na to coraz większą uwagę i postanowiłam coś zmienić.

Co się zatem zmieniło i skąd zainteresowanie tematem uważności?

Po pierwsze ISLANDIA

To mój pierwszy lifechanger i to taki, który wywrócił mój sposób postrzegania świata do góry nogami. Życie na wsi, natura, slow-life, spokojna praca … przyszedł czas na myślenie – ale na myślenie o sobie. Czas na samorozwój, ale nie pod kątem zdobywania nowych umiejętności i szkoleń, które mogę zamieścić w cv. Przyszedł czas na poznanie siebie i tego co jest dla mnie naprawdę ważne.

Po drugie MACIERZYŃSTWO

Mój as w rękawie, którym było wszystko perfekcyjnie poukładane, zaplanowane i podzielone na segregatory został mi odebrany. Nie mówię, że z dzieckiem nie da się planować. Oczywiście, że się da, ale trzeba do tego dorzucić ogromną masę elastyczności. Nadal zdarza mi się myśleć, a co jeśli … ale wtedy przeważnie stwierdzam, że będę reagować na bieżąco jeśli to „jeśli” się wydarzy.

Zainteresowanie mindfulnessem przyszło pod wpływem właśnie tych dwóch czynników. W książkach, które czytałam czasami nawiązywano do treningu uważności. Coraz bardziej ten temat za mną chodził i chciałam się dowiedzieć co to i jak to działa.

Czym jest mindfulness?
Najczęściej cytowana definicja mindfulness określa go, jako szczególny rodzaj uwagi: świadomej, nieosądzającej i skierowanej na bieżącą chwilę, odnosi się tym samym do doświadczenia świata, które znajduje się poza naszymi oczekiwaniami i jest rodzajem doświadczania rzeczy „takimi, jakimi są”.
W ramach treningu mindfulness pracujemy z ciałem, emocjami oraz myślami. Mindfulness to podejście i techniki rozwijające umiejętności świadomości naszego ciała. Trening uważności może zostać zatem rozwijany poprzez medytację lub inne ćwiczenia. Ja jednak nie medytuję i nie wykonuję specjalnych ćwiczeń. Po prostu często zatrzymuję się nad tym co w danej chwili myślę, albo słucham sygnałów które wysyła mi moje ciało.
I tak właśnie przyszedł pomysł na ten wpis. Pewnego dnia zaczęłam się skupiać na moich myślach i zobaczcie co zauważyłam.
1. Obudziłam się rano i leżałam z P w łóżku  (w tym czasie myślałam o tym co zjemy na śniadanie),
2. Następnie poszłyśmy zjeść śniadanie (w czasie śniadania myślałam o tym co trzeba ogarnąć w domu, czy zadzwonić do babci i co mąż ma przywieźć z pracy na obiad),
3. Po śniadaniu zaczęłam się bawić z P, czytać jej książeczki (w tym czasie myślałam o której godzinie najlepiej pójść na spacer i gdzie)
4. W trakcie spaceru moje myśli zawędrowały już w okolicę drzemki (co zrobię w tym czasie? Czy poczytać,czy robić wpis na bloga, a może coś zupełnie innego?)
5. Kiedy Myszka już spała, postanowiłam poczytać, ale nie mogłam się wyjątkowo skupić ( sprawy blogowe zaprzątały nadal moją głowę)
6. Zasiadłam więc do bloga (ale wtedy już myślałam, że mam mało czasu i może powinnam zacząć robić obiad, żeby zdążyć przed moim wyjściem do pracy)
Rozumiecie o czym mówię? Czy wy też to widzicie? Czy w ogóle jesteśmy w stanie skupić się na czymś tak naprawdę i być pochłoniętym tą czynnością na 100%? Jasne, że tak. Ale zaczęłam się zastanawiać dlaczego tak rzadko to robimy.
Jak często zdarza się nam być tak naprawdę tu i teraz?

To pytanie jest dla mnie szalenie ważne w kontekście macierzyństwa. Chcę, aby moja córka wiedziała, że jeśli się z nią bawię – to jestem w tym momencie całkowicie dla niej. Ja sama chcę doświadczać przyjemności z bycia tu i teraz z nią. Radości ze śmiechu, patrzenia jak uczy się nowych rzeczy, jak z każdym dniem się zmienia. Takie całkowite tu i teraz nie zdarza mi się to często, ale staram się znaleźć kilka chwil w ciągu dnia kiedy myśli o innych sprawach nie zaprzątają mi głowy. Coraz częściej zwracam uwagę kiedy  moje myśli zaczynają uciekać w inną stronę. Mam coraz większą świadomość tego, co dzieje się aktualnie w mojej głowie i chyba stąd ta refleksja nad wyżej wymienionymi punktami.

Dodatkowo mindfulness zachęca do tego, aby delektować się zwykłymi czynnościami. Takimi, które są dla nas już tak  powszechne, że nie widzimy jakie efekty u nas wywołują i jak mogą być przyjemne. Doświadczyłam tego w trakcie brania prysznica. Skupiłam się na kroplach wody spadających na moją głowę i okazało się, że te krople łaskoczą! Inny przykład to chodzenie boso po trawie i skupienie się na odczuciach z tego płynących. Odkąd tego spróbowałam bardzo chętnie zrzucam buty i czuję doznania z tego płynące.

Kolejna rzecz jaka szalenie ostatnio rzuca mi się w oczy to turyści i ich aparaty.  Jest ich coraz więcej, auta zatrzymują się w każdym miejscu. Wszędzie widzę ludzi z kamerami, aparatami, telefonami. Praktycznie się od nich nie odrywają chcąc wszystko uwiecznić, albo zrobić sobie perfekcyjne zdjęcie. Chińczycy potrafią robić zakupy nie odrywając się od telefonów i kręcąc półki z żywnością. Ale kto tak dziś nie robi? Prawda?

Ja też byłam na tym etapie (no może nie jak Chińczycy) . Zabierałam wszędzie aparat, a nawet dwa bo musiałam mieć świetne zdjęcia. Jednak po czasie (długim czasie) naszła mnie refleksja czy tak na prawdę widzę Islandię? Czy faktycznie doświadczam tych pięknych rzeczy? Tych zapierających dech widoków skoro ciągle trzymam aparat w ręce i jedyne czego oczekuję to dobre zdjęcie. I zrozumiałam, że nie …

Mam wrażenie, że wielu turystów poprzez oglądanie w obiektywie nie doświadcza prawdziwej magii Islandii. Jasne, że przejdzie im przez myśl „wow, ale piękne miejsce”, ale zaraz pojawia się impuls „muszę zrobić zdjęcie” przez co tracą ten piękny i niepowtarzalny moment.

Dlaczego tracimy cenne chwile?

Jakie są motywy obsesji na punkcie zdjęć? Czy jest to chęć pochwalania się innym? Jeśli tak wystarczy zrobić kilka zdjęć, a nie tysiące. Czy później faktycznie robisz coś z tymi zdjęciami czy leżą zapomniane w nieposegregowanych folderach, aż nagła awaria systemu w komputerze spowoduje, że przepadną na zawsze? Czy przeważnie wracając z urlopu i tak nie masz czasu ogarnąć tych zdjęć i leżą na karcie, aż do dnia kiedy musisz oczyścić pamięć na nowe fotki i zgrać je w inne miejsce? Czy warto zatem spędzać tak ogromną część swojego urlopu, wycieczki czy wesela na robieniu fotek i wkurzaniu się, że nie są wystarczająco dobre? W tym czasie wiele ważnych sytuacji po prostu przechodzi bokiem, podczas gdy ty analizujesz zrobione zdjęcia …

Nie namawiam do zupełnego zaprzestania robienia fotek. Sama je nadal robię. Jednak zrozumiałam, że nie jestem profesjonalnym fotografem – to nie mój sposób zarabiania na życie. Świat się nie zawali jeśli nie będę miała tego idealnego zdjęcia. To wspomnienia są ważne. Zmieniłam priorytety i doszłam do wniosku, że to nie zdjęcia są najważniejsze. Nadal są dla mnie ważne – co roku je wywołuję i kolekcjonuje je w albumach, ale zeszły na drugi plan.

Pozostając jeszcze w temacie zdjęć, myślę że można to też świetnie odnieść do wielu sytuacji. Sama miałam obsesje na robieniu fotek mojej córce kiedy się urodziła. Pierwsza kąpiel,  pierwsze wyjście na dwór, pierwsze święta, pierwszy lot samolotem, pierwszy banan …  trwało to bardzo długo. Myślę, że jest to nieszkodliwe i chyba wszyscy rodzice zachwycają się swoimi dziećmi i chcą wszytko uwieczniać na fotkach. Ale znów zastanówmy się czy chęć zrobienia zdjęcia czy nakręcenia filmu nie przesłania nam tego co się faktycznie dzieje.   Dziecko stawia pierwsze kroki, a my tracimy te cenne chwile bo lecimy po telefon. I tak już nie nakręcimy pierwszych kroków więc dlaczego moment nie poczekać i nie cieszyć się chwilą? Dodatkowo często manipulujemy przy tych ważnych momentach. Zmuszamy malucha, żeby ustawił się w stronę światła czy przestawiamy go na lepsze tło. Skąd to wiem? Bo sama tak robiłam, nadal mi się to zdarza, ale już nie tak często.

To jeszcze na szybko o weselach. W ciągu ostatnich kilku lat obserwuje to z przerażeniem. Para Młoda składa sobie przysięgę małżeńską – to jedyny i niepowtarzalny moment! Magiczny! A 3/4 gości prześciga się w nakręceniu filmiku. Stają na palcach, wyginają się z ławek, podchodzą pod ołtarz. Przecież przeważnie jest na weselu kamerzysta który i tak to uwiecznia, a później  pięknie zmontuje. Po co Wam te filmiki? Czy ktoś je w ogóle później ogląda?

Mój mindfulness

Staram się być tu i teraz w ważnych momentach. Nie mam telewizora, który ciągle mnie rozprasza. Nie mam internetu mobilnego, żeby nie spędzać w sieci 24h. Kiedy wychodzę z domu media społecznościowe zostawiam za drzwiami. Staram się podziwiać naturę, fascynować się jej pięknem. Wyostrzam zmysły kiedy jestem w plenerze. Jeden z najbardziej fascynujących dźwięków jakie słyszałam to ten wydawany przez lodowiec. Tak lodowce wydają dźwięki – niepowtarzalne! Cały rok czekam, aby móc obserwować zorzę polarną i jej magiczny taniec na niebie. To właśnie takie chwile chcę dzielić z moim mężem i córką – nie chcę myśleć w tym czasie co zrobić na kolację.

Gdybym przeczytała taki wpis kilka lat temu pewnie stwierdziłabym – co za głupoty! Kto ma czas na jakiś mindfulness? Czy to jakaś sekta? Życie bez telewizora i internetu mobilnego- przecież tak się nie da! Dziękuję Ci Islandio, że pokazałaś mi, że jednak się da.  I jest to niesamowicie wyzwalające! ♥

Dodaj komentarz