„Macierzyństwo non-fiction. Relacja z przewrotu domowego” [Biblioteczka]

Czas na kolejną recenzję. Do tej pory dodawałam książki, które wprawiły mnie w zachwyt i mogłam je polecać z całego serca. Tym razem będzie inaczej.

„Macierzyństwo non-fiction. Relacja z przewrotu domowego” to książka przeczytana ponad miesiąc temu. Stwierdziłam, że wstrzymam się z recenzją żeby emocje opadły. Chciałam, żeby moja opinia wyklarowała się na spokojnie i aby przemyślenia ułożyły się w coś sensownego.

Książka zdecydowanie namieszała mi w głowie. Do ostatnich stron zastanawiałam się dlaczego ją czytam? Dlaczego katuje się takim okropnym opisem macierzyństwa? Samych wad, samych najgorszych, najtrudniejszych rzeczy. Pesymizm i fatalizm wylewał się na mnie z każdej strony. Kiedy autorka przyznała, że bliżej jej do podejścia Tracy Hogg niż do Searsów załamałam ręce (dlaczego ja to nadal to czytam?!).

Potem już byłam za daleko, aby się wycofać. Znów żal mi było tych kilkudziesięciu stron lektury po tym jak tego samego dnia porzuciłam jeszcze 2 inne książki. Dobrnęłam do końcówki z gotową negatywną recenzją w głowie. I tu nadeszło zaskoczenie. Podsumowanie mówiące, że to tylko etapy, że to rewolucja która przynosi coś dobrego, niesie zmianę.Jakiś taki powiew świeżości i nadziei na lepsze.

Co ciekawe dwa dni po przeczytaniu “Macierzyństwa non fiction” spotkałam się z koleżanką, która nie ma dzieci. Jej znajoma (też bezdzietna) kilka dni wcześniej zaczęła czytać tę właśnie książkę. Straszyła nią wszystkich (w tym moją koleżankę) opowiadając jakie to macierzyństwo straszne, ile wymaga cierpienia i poświęcenia.

I ta sytuacja nasunęła mi pytanie – czy warto czytać tę książkę przed porodem? Uważam, że nie.. Sądzę, że lepiej otaczać się pozytywnymi historiami i zadowolonymi mamami.

Czy czuję się oszukana, że nikt mi nie powiedział wcześniej jak będzie ciężko? Nie.

Czy mam żal, że nikt mnie nie ostrzegł ile dziecko będzie wymagało poświęcenia i cierpliwości? Też nie.

Czy zdawałam sobie sprawę, że przez ponad 2 lata nie prześpię żadnej nocy, aż do momentu kiedy sama zdecydowałam się wyjechać na weekend? Również nie.

Czy przeczytanie tej książki uchroniłoby mnie przed depresją poporodową? Jasne, że nie.

Czy pomimo tych wszystkich trudów i znoju zaszłabym w ciążę jeszcze raz?Tak!

Mam takie poczucie, że książka nie wniesie nic dobrego przed zostaniem mamą. Że to trochę tak jakby ciągle mówić nastolatce jakie to małżeństwo (czy związek) będzie straszne. Ile to będzie wymagało od niej poświęcenia i cierpienia. Ile kłótni, ile bólu ile łez wyleje przez partnera. No kurcze nie o to chodzi…

Jestem jak najbardziej za tym, żeby przygotowywać matki na to co je czeka po porodzie. Mówmy kobietom o tym co dzieje się połogu i jak wymagający jest to okres. Ale nie chodzi o to, żeby wystraszyć je na śmierć – tak jak stało się ze znajomą koleżanki. Uważam, że takie straszenie może wykreować bardzo negatywny obraz macierzyństwa. To nie najlepsza droga – tym bardziej przed pojawieniem się na świecie pierwszego dziecka.

Czy książka kłamie? Nie. Ma w sobie dużo prawdy. Jednak zupełnie inaczej będzie ją odbierać przyszła mama i matka która ma już dziecko/dzieci. Bo ta która je ma jest wyposażona w bezwarunkową miłość, która sprawiła, że jakoś przetrwała ten okres. Że po jakimś czasie zapomina jak wymagający był to czas. Być może nawet zdecyduje się na kolejne dziecko, bo paradoksalnie zatęskni za tym okresem niemowlęctwa.

Chcę jeszcze dodać, że pisząc tę recenzję jestem na moim pierwszym samotnym weekendowym wypadzie. Musiałam wyjechać i odpocząć bo macierzyństwo zaczęło się jawić jak to w książce. I nie dlatego, że jest takie straszne i potworne ale dlatego, że nałożyłam na siebie za dużo. Że nie powiedziałam “stop – muszę zadać o siebie” dużo wcześniej. Że nadszedł moment reorganizacji i znalezienia nowych rozwiązań. Jestem święcie przekonana, że jeszcze nie raz będę w sytuacji kiedy macierzyństwo zaprowadzi mnie na tę ciemną stronę. Jednak to samo tyczy się związków czy pracy. Wszędzie przychodzą gorsze okresy, wszyscy przez nie przechodzimy i uczymy się na błędach.

Czy zatem polecam książkę? Raczej nie. Z wieloma rzeczami nie chcę i nie mogę się zgodzić. Nie znoszę takiego negatywnego podejścia. Z drugiej strony wiele rzeczy o których pisze autorka jest prawdziwych i dobitnie pokazanych. Bardzo brakuje mi tutaj balansu. Pokazania większej ilości plusów, ale być może taki był zamysł autorki i takie jej prawo.

Sięgnęłam po tę książkę bo przeczytałam o niej świetną recenzję. A to oznacza, że do niektórych ludzi trafia, a nawet wracają do jej czytania kilkakrotnie. Decyzja należy do Was.


Jeśli macie ochotę na więcej recenzji książek śledźcie naszego instagrama. Tam na bieżąco staram się wrzucać, krótkie opisy przeczytanych pozycji.

Dodaj komentarz