Depresja poporodowa to nie wstyd! Moja historia choroby

 

Depresja poporodowa pomoc
Pierwsze skojarzenia z depresją poporodową (PPD) – matka odrzuca dziecko, matka nie kocha dziecka, matka nie chce zajmować się dzieckiem. Skąd mam pewność, że to pierwsze skojarzenia? Bo za każdym razem kiedy mówię komuś, że przeszłam depresję pada jedno z powyższych twierdzeń – nawet od lekarzy … a nie zawsze tak jest. Dzisiaj Wam o tym opowiem

O depresji poporodowej należy mówić!

To nie może być temat tabu! Kobiety z depresją potrzebują pomocy, a właśnie przez panujący stereotyp „że są złymi matkami”  nie chcą o tym mówić.  Boją się i nie chcą szukać pomocy. Obawiają się, że zostaną osądzone, szykanowane no bo jak to kobieta może nie cieszyć się z nowego członka rodziny?! Przecież to największe szczęście w życiu! Wiele osób nie potrafi spojrzeć na depresję jako na chorobę, na którą kobieta nie ma wpływu.

Faktycznie, jest to największe szczęście w życiu więc wyobraźcie sobie jaki dramat wewnętrzny musi przeżywać kobieta, która nie potrafi cieszyć się macierzyństwem.
Dlaczego mam łatwość mówienia o mojej depresji?

Myślę, że dlatego, że pomimo choroby chciałam zajmować się swoim dzieckiem. Nie czułam zatem obawy, że ktoś spojrzy na mnie przez pryzmat matki, która „odrzuciła swoje dziecko”. Uważam, że mam ogromne szczęście, że choroba nie poszła w tą stronę – bo mogła.  A może byłam już o krok od stracenia zainteresowania moją córeczką, ale otrzymałam pomoc w ostatnim momencie? Tego się nie dowiem. Wiem jednak, że depresja poporodowa to coś o czym należy głośno mówić, to nie powód do wstydu! Dlatego podzielę się z Wami moją historią choroby.

Pierwsze tygodnie macierzyństwa były wspaniałe – euforia, radość, entuzjazm przeplatające się ze zmęczeniem i niewyspaniem. Pierwszy tydzień po porodzie, wspominam jako jeden z najpiękniejszych okresów w życiu. Ale sielanka szybko się skończyła. Z dnia na dzień zaczęłam się czuć coraz gorzej. Następowało to raczej powoli i stopniowo. Pojawił się niepokój o dziecko, smutek. Potem doszedł płacz nad którym nie potrafiłam zapanować. Zamykałam się w łazience i płakałam nawet po kilkadziesiąt minut – bez przerwy. Płakałam również przed sem. Był to płacz, którego nie potrafiłam racjonalnie wytłumaczyć i taki którego nie potrafiłam powstrzymać. Doszedł brak radości z życia, emocje były płaskie i wszystko co robiłam wykonywałam automatycznie. Dotyczyło to zarówno takich czynności jak jedzenie, zakupy, rozmowy, ale też opieki nad dzieckiem. To co jako pierwsze włączyło w mojej głowie „lampkę alarmową”  to to, że ubieranie córki w piękne sukienki, urocze skarpetki i słodkie bodziaki przestało mi sprawiać przyjemność. Ubierając ją myślałam „to bez sensu, przecież i tak zaraz uleje i będzie trzeba ją przebrać. „

Pod koniec roku (czyli około miesiąca po porodzie) mój stan był już nie najlepszy. Szukałam informacji na temat depresji poporodowej w internecie i książkach. Część moich objawów potwierdzała moje obawy, jednak były takie które przeczyły temu, że rozwija się u mnie ta choroba. Oto przykładowe informacje, z popularnych portali dla rodziców na które trafiałam szukając odpowiedzi

„Kobiety w depresji poporodowej z jednej strony nie chcą zajmować się niemowlęciem, z drugiej – czują nieustanne wyrzuty sumienia z tego powodu”

„W przypadku młodych mam często obserwuje się brak zainteresowania dzieckiem, niereagowanie na jego płacz lub też nadmierny i przesadny lęk o jego zdrowie „

„Na to zaburzenie składa się bowiem wiele objawów utrudniających normalne funkcjonowanie. Charakterystyczne są m.in. zaburzenia snu i łaknienia, poczucie niekompetencji i brak odczuwania radości w kontaktach z dzieckiem”

Chciałam zajmować się dzieckiem, byłam nim zainteresowana. Reagowałam na płacz od razu. Nie byłam w stanie ocenić czy mój lęk o jej zdrowie mieści się w granicach normy, czy jest już przesadny. Wydawało mi się, że jem normalnie. Faktycznie nie odczuwałam radości, ale chyba próbowałam się oszukiwać, że czasami ją czuję.  Było mi może łatwiej bo nie czułam radości z niczego, więc nie miałam poczucia winy że chodzi tylko o dziecko. Zdarzało mi się nawet uśmiechnąć, ale był to sztuczny i wymuszony uśmiech.

Matka nie zawsze jest w stanie sama zdiagnozować objawy, nie zawsze chce się do nich przyznać. Dlatego tak ważna jest obserwacja rodziny i najbliższych. To oni powinni zareagować i poszukać pomocy.

W moim przypadku było tak, że wiedziałam że coś jest nie tak. Mówiłam o tym głośno. Mimo wszystko mąż, rodzice, znajomi mówili, że to normalne. Nikt mnie nie słuchał! Wiem, że robili to ze względu na moje dobro. Mówili, że to zmęczenie po porodzie, że mogę się tak czuć, że to minie i nie ma się czym martwić. Jest to jedna z najgorszych rzeczy jakie matka z PPD może usłyszeć. Szczególnie jeśli jest to jej pierwsze dziecko. Kobieta nie wie, czego oczekiwać po macierzyństwie. Dopiero adaptuje się do roli matki. Skoro więc wszyscy jej mówią, że to normalne może faktycznie powinna się tak czuć? Może to są te słynne trudy macierzyństwa? Z drugiej strony nigdy nie czułaś się gorzej niż teraz – tak ma zatem wyglądać Twoja nowa rzeczywistość z dzieckiem?

Siostra podpowiedziała, żeby zbadać tarczycę. Pojechałam do lekarza pierwszego kontaktu. Opowiedziałam o moich objawach, o smutku, płaczu, o tym że jestem  po porodzie i że podejrzewam depresję. Myślę, że już wtedy wyglądałam źle. Skoro ktoś płacze kilka/kilkanaście razy na dobę i nie wysypia się to jego zapuchnięta twarz mówi sama za siebie, że coś jest nie tak. Lekarz powiedział, że położna zbada mnie pod kątem depresji na następnej wizycie (która była za około 3-4tygodnie) i skierował na badania krwi.

Zadzwonił po kilku dniach, że wyniki mam świetne i że jestem zdrowa, więc on nie może pomóc. Załamało mnie to jeszcze bardziej, bo nie czułam się „świetnie” tylko najgorzej w moim życiu.  Nie wiem co dokładnie było badane bo po 2 miesiącach poleciałam do Polski, poszłam do dobrego endokrynologa. Nie było świetnie, a wyniki były fatalne. Zdiagnozowano poporodowe zapalenie tarczycy, chorobę autoimmnunologiczną – hasimoto i wysłano mnie na biopsję tarczycy. Dzięki bogu wyniki biopsji były ok.

Zanim jednak poleciałam do Polski na pierwszy urlop nadszedł czas wyjazdu moich rodziców. Miałam zostać w domu pierwszy raz sama z półtora miesięcznym dzieckiem, bo mąż pracował. Przerażała mnie ta perspektywa bo ciągle czułam się fatalnie i z dnia na dzień coraz gorzej. P była w dużej mierze „nieodkładalna”.  Jak zatem miałam funkcjonować bez rodziców? Jak zrobię śniadanie, jak umyje zęby? Jak zrobię cokolwiek? Jak ogarnę to wszystko SAMA jeśli ona chce ciągle być u kogoś na rękach.

Kilka dni po wyjeździe moich rodziców obudziłam się na nocne karmienie. Nagle poczułam ogromną złość na córkę. Byłam wściekła, że znów mnie obudziła, że znowu chce jeść. Pierwszy raz poczułam w stosunku do niej negatywne emocje. Zaraz zaczęłam płakać czując  okropne wyrzuty sumienia . Poszłam obudzić męża i zażądałam natychmiastowego zawiezienia mnie do szpitala … albo gdziekolwiek gdzie ktoś mi w końcu pomoże.

Był środek nocy więc jednak nigdzie nie pojechaliśmy. Z samego rana mąż opowiedział o całej sytuacji naszej szefowej, która skontaktowała się z przychodnią i umówiła mi wizytę na następny dzień. Położna poprosiła mnie o wypełnienie testu – edynburskiej skali depresji poporodowej. Po sprawdzeniu wyników powiedziała mi, że jestem bardzo chora i potrzebuję pomocy. Do dziś pamiętam jej wyraz twarzy i współczujący głos. Miałam bardzo wysoki wynik wskazujący na depresję.

Położna przekierowała mnie do lekarza, który wdrożył leczenie farmakologiczne kompatybilne z KP. Jedyna rzecz, której byłam wtedy pewna, to to że chcę nadal karmić piersią. Czemu? Na prawdę nie mam pojęcia bo wtedy nie wiedziałam o karmieniu piersią praktycznie nic. Myślę, że było to zachowanie czysto instynktowne. Z perspektywy czasu jestem przekonana, że dzięki karmieniu piersią udało mi się stosunkowo szybko pokonać depresję.

Dostałam też namiary na coś w rodzaju ośrodka pomocy rodzinie w Reykjaviku. Pojechaliśmy tylko na jedno spotkanie. Był środek zimy, stan dróg fatalny, 100km do stolicy, w aucie niemowle i matka z depresją. To nie mogło się udać. Taka podróż była dla mnie zbyt męcząca i stresująca. Zdecydowałam się na terapię online z polskim psychologiem przez skype’a. Poprosiłam Patrycję, żeby sprawdziła kompetencje psychologów, którzy oferowali swoje usługi. Wybrałam jednego z nich i była to świetna decyzja.

Tak na prawdę tym co jako pierwsze postawiło mnie na nogi była diagnoza. Pierwszy raz od dłuższego czasu na prawdę się ucieszyłam! Zabrzmi to dziwnie, ale diagnoza depresji to był miód na moje uszy. Był to dowód na to, że macierzyństwo wcale tak nie wygląda. Że nie zwariowałam po porodzie tylko dopadła mnie choroba. Choroba, która jest ULECZALNA! I w końcu ktoś mi pomoże!

Planowaliśmy zachować urlop tacierzyński męża na późniejszy okres, ale diagnoza choroby spowodowała, że postanowiliśmy wykorzystać jego część. M został ze mną w domu przez miesiąc i odpowiadał za dawkowanie moich leków, bo nie byłam do końca przekonana czy chce je brać. Opiekował się mną i córką. Kiedy zasiadałam na długą sesję karmienia zawsze włączał mi Comedy central. Poprawiało mi to humor! W sumie nie wiem czy specjalnie wybierał ten kanał, ale tak się do tego przyzwyczaiłam, że potem sama domagałam się włączenia seriali komediowych.

Oprócz ogromnej senności nie miałam żadnych skutków ubocznych, na które często narzekają osoby na antydepresantach. Leki bardzo mnie wyciszyły i pierwszy raz od dłuższego czasu byłam spokojna. Zdarzało mi się nadal płakać, ale były to krótkie epizody. Tym razem pozwalałam sobie na płacz. Równolegle z lekami pracowałam z psychologiem. Terapia szła raz lepiej raz gorzej. Zdecydowanie się na pomoc psychologa była jedną z najlepszych decyzji w życiu. Okazało się, że mam niezamkniętą żałobę po stracie młodszej siostry sprzed 16 lat. Zmarła z powodu tzw. śmierci łóżeczkowej mając 2 miesiące. Narodziny córki odkopały zagrzebane dawno temu emocje. Sytuacja z przeszłości przyczyniła się do rozwoju mojej depresji. Mówię o tym trochę więcej w podcaście.

Terapia z psychologiem trwała około 3 miesiące. Dziś wiem, że było to zdecydowanie za krótko. Kiedy tylko poczułam się lepiej zdecydowałam, że jestem na tyle silna że sama sobie poradzę. Z perspektywy czasu wiem, że był to błąd. Kilka miesięcy później miałam kolejny epizod depresyjny.  Zareagowałam bardzo szybko. Jak tylko zauważyłam że objawy utrzymują się dłużej niż dwa tygodnie i nasilają się każdego dnia poszłam do lekarza. Nie myliłam się. Znów zaczęłam przyjmować leki i tym razem skorzystałam z pomocy islandzkiej terapeutki. Ponownie wróciłam też na terapię do mojego psychologa.

Tym razem objawy były trochę inne. Nie były w ogóle związane z dzieckiem. Nie chciałam wstawać z łóżka, nie miałam ochoty na nic. Zaczęłam się bać wychodzić z domu. Pewnego dnia planowałam iść do sklepu po pieczywo, ale gdy zobaczyłam go w oddali wystraszyłam się, że będą tam ludzie i zawróciłam do domu. To był właśnie ten moment kiedy  stwierdziłam „oho, nie jest dobrze” . Znów wrócił niekontrolowany płacz.

Nie wiem czy wierzycie w „samospełniające się proroctwa”, ale drugi epizod depresyjne wrzucam właśnie do tej kategorii. W trakcie wizyty u endokrynologa, lekarka powiedziała mi, że przy poporodowym zapaleniu tarczycy i hashimoto depresja może powrócić w każdym momencie. Kazała uprzedzić rodzinę, żeby zwracali uwagę na moje zachowanie. Więc siedziałam i czekałam czy depresja znów mnie dopadnie: jeśli tak to kiedy? Czy ktoś mi pomoże? Czy się zorientuję, że jestem chora? A może przestanę zajmować się dzieckiem? A jeśli następnym razem wcale się tak szybko nie wyleczę? Co jeśli będę cierpieć na depresję wiele miesięcy? jak to przeżyję? i kto zajmie się córką i mężem? 

Rozumiecie już do czego dążę? Sama wpędziłam się w tę depresję nakręcając się takimi myślami …. chociaż być może zaburzona gospodarka hormonalna też miała na to jakiś wpływ. A może tamten epizod był kompilacją wielu czynników.

Finalnie uporałam się jednak z PPD i czuję się świetnie. Jestem spełnioną mamą i uwielbiam macierzyństwo. Wiem, że przebyta depresja poporodowa zwiększa szanse na ponowne zachorowanie w przypadku następnego dziecka. Ale w ogóle się tym nie martwię . Nauczyłam się, że martwienie się na zapas nie prowadzi do niczego dobrego…

Kiedy ponownie przeczytałam pytania z Edynburskiej skali depresji poporodowej nie byłam w stanie uwierzyć, że mogłam udzielać tak negatywnych odpowiedzi. Żaden zdrowy człowiek, nie widzi świata w tak negatywny sposób. Czytając ponownie moje odpowiedzi w mojej głowie pojawiają się zwroty „totalna rozpacz”, „lęk” i „brak nadziei” . I tak właśnie wyglądał wtedy mój świat.

Przebytą chorobę uważam  za pewnego rodzaju atut. Wiem z czym może borykać się chora matka i jak bardzo ważna jest pomoc osoby z zewnątrz. Wiem jak bardzo trudne jest odbicie się od przysłowiowego dna i ile wysiłku i energii wymaga to od chorego. Kiedyś nie rozumiałam o co ten cały szum z depresją (nie tylko poporodową), ale dziś już wiem jak okropna jest to choroba. Pozbawia stopniowo wszystkiego i rozsiewa wszechogarniający smutek. Ciężko wygrać z myślami, które napływają do głowy. Racjonalne myślenie nie wchodzi wtedy w grę. Wszystko staje się smutne, szare i bezsensowne.

Chcę tutaj zaapelować do wszystkich osób z depresją (nie tylko poporodową) o to, aby oprócz leczenia farmakologicznego wdrożyły także terapię ze specjalistą. Większość chorych idzie do psychiatry, dostaje leki i na tym się kończy. Psychiatra zada kilka pytań, ale to nie jest terapia! To tak jakbyście chcieli schudnąć, będąc tylko na suplementach, a nie wykonując żadnych ćwiczeń fizycznych. Tabletki nie leczą – one wyciszają objawy choroby. Przyczyna siedzi gdzieś głęboko w głowie i należy ją znaleźć i ją rozwiązać. Dodatkowo leki uzależniają  i im dłużej je bierzecie tym trudniej będzie Wam bez nich funkcjonować.

Na zakończenie chciałabym jeszcze raz podkreślić jak ważna w diagnozie i leczeniu depresji poporodowej jest pomoc najbliższych. Ich wsparcie i bezwarunkowa akceptacja są kluczowe dla chorej kobiety. Ogromną rolę w wykrywaniu choroby powinno mieć też środowisko medyczne: lekarz rodzinny, położna, ginekolog…To oni powinni być wyczuleni na symptomy PPD i reagować. Nie każda kobieta przyzna się do swoich objawów, tym bardziej jeśli nikt jej o nie bezpośrednio nie zapyta. Nie zapominajmy też o tym, że wiele kobiet nie wie w ogóle o istnieniu takiej choroby. Już w trakcie ciąży lekarz prowadzący, położna czy np. instruktorzy szkół rodzenia powinni poruszać to zagadnienie. Powinni tłumaczyć jak odróżnić baby blues od depresji poporodowej i informować jak bardzo ważne jest leczenie i gdzie szukać pomocy.


♦ O depresji poporodowej (czynniki ryzyka, objawy,leczenie) i innych zaburzeniach emocjonalnych okresu poporodowego przeczytacie w Kąciku Psycholoszki (klik)

♦ Jeśli zainteresowała Was moja historia, możecie też posłuchać podcastu o PPD. Nagrałam go przy współpracy z Fundacją Macierzanka w ramach cyklu „Macierzyństwo bez lukru” (klik)

Dodaj komentarz